Takie geny – trzy historie na Dzień Niepodległości

To moi dziadkowie – Anna i Władysław. Żyli na kolonii wsi Bobrówka na Podlasiu.

Przez wiele miesięcy ukrywali oficera białej armii, uciekającego po rewolucji. Człowiek ten nie miał przy sobie nic,  a chciał się jakoś odwdzięczyć i dał im jedyne, co miał: recepturę na ser żółty (te sery pamiętam z dzieciństwa). Tak się zaczęły sery korycińskie, tyle wam powiem.

Potem była II wojna.

Rodzina W. (niestety, zanotowałam tylko inicjał) przechowywała rodzinę cygańską, ktoś doniósł o tym Niemcom, a oni urządzili obławę. Zarówno rodzinę W, jak i cygańską wywieźli w nieznanym kierunku. Ocalało dwoje: dwuletnia Władziejka i jej ojciec, którzy przycupnęli u dziadków w olszynie. Władziejka została u nich, Cygan poszedł do partyzantki. A jeszcze zanim to uczynił – w biały dzień zastrzelił Niemca na środku ryneczku Goniądza. Po wojnie zgłosiła się do dziadków Cyganka zamężna za Polakiem. Twierdziła, że Władziejka jest jej siostrzenicą i zabrała ją do siebie. (z notatki sprzed 30 lat: Ostatnio sporo siedziałam w miasteczku G., gdzie miałam babkę aryjkę i dziadka ze sklepiczkiem, ale niektórzy w G. mówią, że było odwrotnie, i że to on, w tajemnicy przed nią, ukrywał Żydów. Ocalały członek rodziny W. twierdzi, że Niemcy celowo zostawili Władziejkę dizadkom, na przynętę dla Cygana-partyzanta. Upraszczam fason, a ściegi mi się komplikują. Jeden starowina upiera się, że babka była Cyganką, a dziadek Karaimem).

Wladziejka mowiła do mojej mamy „Deda”, co jest bardzo podobne go hebrajskiego „Doda” – ciotka, przyjaciółka.

Mama miała sporo rodzeństwa, między innymi ciocię Janię, do której jeździłam na wakacje jak do sanatorium dla bardzo bardzo nerwowo chorych. Ciocia miała czworo dzieci, wśród nich Bożenkę, moją mniej więcej rówieśnicę. Bożenka wyjechała do Stanów, pracowała, mieszkała z jakąś dziewczyną z Poznania. Ta dziewczyna zaszła w ciążę, urodziła chłopca, ale nie wyrabiała się z pracą i opieką nad synkiem, bo jak wiadomo amerykański system opieki społecznej jest najlepszy na świecie i sprzyja matkom. Chciała wrócić do Polski, ale rodzice jej powiedzieli, że z dzieckiem nieślubnym to jej nie przyjmą. Ciocia Jania i wujek Czesiek wzięli to dziecko, kilka lat tak z nim krążyli między Stanami a Polską. Wreszcie ci dziadkowie się stuknęli w głowy i przekonali do wnuka. Wujek mówił ze łzami w oczach: oj szkoda było oddawać, taki fajny był chłopiec, czarniawy…

To jest w skrócie historia mojej rodziny po kądzieli na Dzień Niepodległości. W której ratuje się życie innym, bez względu na wyznanie i kolor skóry. Takie geny.

Ilustracja otwierająca: moi dziadkowie – Anna i Władysław.

Komentarz “Takie geny – trzy historie na Dzień Niepodległości

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *