Elena Ferrante – „Genialna przyjaciółka” (i pozostałe części tetralogii neapolitańskiej)

„Genialna przyjaciółka” znalazła się na 6. miejscu 21 najlepszych książek XXI wieku ułożonej przez BBC. Krytycy wydają ochy i achy, recenzenci zachwycają się wspaniałym stylem. A ja nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo umordowałam się, czytając wartościową książkę. Chyba na studiach nad podręcznikiem do historii ruchu robotniczego (zwanej przez studentów horrorem – od skróru HRR). To porównanie nie jest abstrakcyjne, tom trzeci tetralogii, „Historia ucieczki”, jak najbardziej jest historią ruchu robotniczego, która to historia przecina się z losami dwóch głównych bohaterek. To wartościowa relacja, ale taka sobie literatura.

Brnąc przez długie, nudne opisy niczego, opisy codziennych czynności, przedmiotów, zmagań z lekcjami zastanawiałam się, czemu ta książka z ociężałą narracją zawdzięcza swój sukces. I chyba wiem. Po pierwsze, pewna część czytelników (i krytyków zapewne też) jest zmęczona literackimi eksperymentami, strumieniami świadomości i temu podobnymi gejzerami kreatywności pisarskiej. Inna ich część została zepsuta formami quasi dziennikarskimi w prasie kolorowej, udającymi literaturę faktu historyjkami, których bohaterem mógłby także być ich czytelnik. Dziewiętnastowieczna, chronologiczna, ociężała narracja, nie pozostawiająca żadnego pola dla interpretacji, doskonale odpowiada na te zapotrzebowania. Ale to, co jest dobre w pamiętnikarstwie, w literaturze jest nużącą ramotą i zestawienie na jednej liście „Middlesex” Eugenidesa z „Genialną przyjaciółką” Ferrante to co najmniej nieporozumienie.

Niemniej Ferrante tak bardzo wstrzeliła się w to zapotrzebowanie, że uszczęśliwieni fani pielgrzymują na wycieczki do Neapolu i snują się po dzielni, w której rozgrywa się akcja książki. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj i tutaj.

Kim są główne bohaterki i o czym to jest

Główna bohaterka i narratorka, Elena Greco, opowiada z detalami całe swoje życie. Urodzona w latach 40. córka woźnego z magistratu, mieszkająca w podłej dzielni Neapolu, w czymś w rodzaju neapolitańskiego familoka, przyjaźni się (to nieadekwatne określenie, moim zdaniem jest w relacji typu Hassliebe – miłości-i-nienawiści ze swoją rówieśnicą, Lilą Sarratore. Elena – ambitna kujonka, choć mniej zdolna od błyskotliwej Lili, dzięki determinacji i uporowi, a także dzięki sprzyjającemu losowi, zdobywa wyższe wykształcenie i zostaje znaną pisarką. Lila kończy edukację na piątej klasie szkoły podstawowej i zostaje na dzielni, a życie jej niewątpliwie jest bardziej burzliwe od życia Eleny. Cała ta opowieść o ich relacji, przenikaniu się ich życia zaczyna się w chwili, gdy obie mają po 66 lat, a Lila nagle znika, nie pozostawiając po sobie nic – listu pożegnalnego, wiadomości, mebli, ubrań – tak jakby nigdy nie istniała i była tylko wytworem wyobraźni.

Kim więc jest Lila Sarratore?

W doktrynie zdania na ten temat są podzielone. Jedni traktują tę postać dosłownie – Lila jest przyjaciółką Eleny z dzielni, koleżanką ze szkoły. Inni powiadają, że to alter ego autorki, wersja jej życia „co by było, gdybym się nie wyrwała z dzielni”, z jej nędzy, przemocy, molestowania, kamorry. Co do mnie, to mam inne zdanie. Lila to symboliczna postać wszystkich kobiet-rówieśnic, które mają wpływ na rozwój Eleny. „Lila, która robiła buty, która naśladowała żonę Kenneddy’ego, Lila artyska i dekoratorka, robotnica i programistka, zawsze w tym samym miejscu, a mimo to taka niepospolita”. Lila znika w chwili, gdy Elena wreszcie staje się niezależną osobą, na którą już nikt i nic nie może wpłynąć.

Kim jest Elena Ferrante

Nie wiadomo, kim jest autorka, i czy przypadkiem nie jest autorem. Ferrante to pseudonim. Żyjemy w czasach, w których ludzie odsłaniają się w stopniu ekshiobicjonistycznym, dlatego nieznana albo niejasna tożsamość to dobry pomysł marketingowy.

Ferrante jest konsekwentna – wywiadów udziela tylko e-mailem, nie pojawia się podczas promocji swoich książek: „Wierzę, że napisana już książka nie potrzebuje obecności autora. Jeśli pisarz ma coś do powiedzenia, odkryją to czytelnicy. (…) Będę autorką, na której promocję wydawnictwo nic nie wyda. Oszczędzicie na mojej nieobecności” – napisała w 1991 roku.

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej o śledztwie w sprawie jej tożsamości oraz o tym, co ją zainspirowało, może przeczytać  tutaj.

W każdym razie pseudonim wybrała sobie niezły, mnie kojarzy się z fragmentem „Zapisków na pudełku od zapałek” Umberto Eco: „Godziny otwarcia biblioteki winny dokładnie pokrywać się z godzinami pracy, przedyskutowanymi wcześniej z przedstawicielami związków zawodowych; biblioteka ma być poza tym zaryglowana na cztery spusty w soboty, niedziele oraz w porze obiadowej. Największym wrogiem biblioteki jest pilny student; najlepszym przyjacielem – Don Ferrante, człowiek, który ma własną bibliotekę, nie musi więc chodzić do biblioteki publicznej, której zapisuje jednak swój księgozbiór” (tłum. Adam Szymanowski).

Styl i język, ten przedmiot zachwytów

Na rozmaitych forach i portalach o książkach można przeczytać peany na temat stylu i języka tetralogii. Na przykład: „Literacka gra wyraża się również poprzez język. Ferrante, podobnie jak jej bohaterka, stara się całkowicie wyzbyć jakichkolwiek naleciałości dialektalnych, oczyścić język do granic możliwości, zaprzeczyć własnym korzeniom, zbudować kulturową autonomię” (Italofilia ).

To prawda. Autorka pisze, że ktoś zaczął mówić gwarą, a jego wypowiedź to zwykła, potoczna wypowiedź – ani literacka, ani gwarowa, wyprana z wszelkiego indywidualizmu. Na przykład:

„– Dlaczego poszedłeś zapłacić? – zapytałam gwarą, prawie krzycząc ze złości” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór).

„Dobrze pamiętam to zdanie, które wypowiedziała w dialekcie: – Nie podoba mi się już to, co zrobiłam i co robię” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Dojktór)

Jak wspomniałam, narracja jest dosłowna, nie pozostawia pola dla jakiejkolwiek interpretacji. Wszystko jest nazwane i określone, dosłowne, na przykład: byłam smutna, zmęczona, zdenerowowana itd. Jest to świetne u psychoterapeuty (każdy by chciał mieć klienta, który zawsze wie, co czuje), ale wartość literacka takiej narracji jest mizerna. W jej opowieści wszystko, co jej się przydarzyło, jest tak samo ważne. Pozwolę sobie wysunąć śmiałą hipotezę: w życiu otóż wcale tak nie jest.

Inną męczącą przypadłością autorki są przedziwne skróty myślowe i uniki:

„Na dodatek Eleonora zaczęła w dzień i w nocy zadręczać nas telefonami: obrażała mnie, obrażała Pietra, bo nie potrafi zachować się jak facet, groziła, że jej rodzina zniszczy nas i nasze córki.

Ale się nie zniechęciłam. Znajdowałam się w takim stanie uniesienia, że nie czułam winy” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór)

Po trzęsieniu ziemi, które dotknęło Neapol: „Znalazłyśmy sposób, żeby jakoś wejść do mieszkania” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór).

Rozumiecie – każdą pierdołę opisuje z kaligraficzną dokładnością, a tu, po trzęsieniu ziemi, taki skrót. Tak po prostu znalazły sposób. Chciałabym go znać.

Są też potknięcia rodem ze źle przetłumaczonego harlequina:

„Obudziliśmy się odurzeni wspólnie spędzoną nocą: och, jak pięknie wyciągnąć nogę i odkryć, że po godzinach sennej nieświadomości on jest obok mnie w łóżku” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór).

„Zamężny mężczyzna z dwójką dzieci nie odbiera drugiemu żony” (tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór).

Czy jest sens czytać „Genialną przyjaciółkę”?

Jeśli nie macie alergii na dosłowną, powolną narrację, na opisy drobnych zdarzeń, które nie prowadzą do żadnych wniosków, to jest sens. Tetralogia neapolitańska jest po prostu relacją, a relacje rzadko mają wartość literacką. Mają wartość dokumentacyjną (dość jednostronną na ogół).

Narratorka tetralogii pod koniec swojej nużącej opowieści mówi tak: „(…) powoli na nowo odkryłam w sobie umiejętność, która się wykazałam lata temu, przy okazji wydania pierwszej książki: w naturalny sposób przekształcałam drobne fakty z życia prywatnego w publiczną refleksję”. I dalej: „Popełniłam błąd, pomyślałam ze zmieszaniem, nie powinnam pisać tak, jak dotychczas, odnotowując to, co wiem. Powinnam pisać tak, jak ona mówi, zostawiać wiry, budować niedokończone mosty, zmuszać czytelnika, aby wpatrywał się w nurt (…)”.

Z książek Ferrante dowiecie się na podstawie relacji kobiety, która dokonała cudu – awansu społecznego, że rewolucja seksualna lat 70. nie poprawiła sytuacji kobiet (wolna miłość prowadzi znowu do ich uprzedmiotowienia), a za ruchem robotniczym stały także siły powiązane z mafią. Nie jestem pewna, czy to brzmi zachęcająco.

Na blogu Szczere Recenzje przeczytałam zdanie, pod którym podpisuję się rękami i nogami: „Pomimo jednak prozaicznej tematyki, oraz mimo dziwnych skrótów typu ,,przez 10 lat było dobrze”, jest w tej historii jakaś tajemnica i głębia, tyle że ja do niej nie dotarłam”.

Ilustracja otwierająca: Neapol, 1948 rok. Dziewczynka i chłopiec oczekujący na mleko dostarczane przez ONMI. Autor: David Seymour. Źródło: [Public domain], via Wikimedia Commons.

Poniżej zdjęcia dzieci z Neapolu, z okresu powojennego – czyli dzieciństwa bohaterek książki. Autorzy zdjęć: David Seymour, Herbert List, Wayne Miller. Źródło: [Public domain], via Wikimedia Commons.

ITALY. 1961.
M-IT-NAP-251.

 

7 Komentarze: “Elena Ferrante – „Genialna przyjaciółka” (i pozostałe części tetralogii neapolitańskiej)

  1. Przeczytałam całość w zeszłe wakacje. Miejsce na liście najwybitniejszych zaskoczyło mnie dokładnie w ten sam sposób co Nobel dla Munro. Niemniej lubię i Ferrante i Munro. Nie egzaltowana, kobieca literatura. Gdyby Pani/Pan Ferrante coś jeszcze stworzyła – sięgnęłabym na pewno. A do połażenia po Neapolu każdy pretekst jest dobry ;)

  2. Wszystko pięknie, ale dlaczego cały ten potok cytatów nie jest podpisany nazwiskami autorek przekładów? Nawet te cytaty, w których praca tłumaczek jest krytykowana? To narusza prawa tych tłumaczek – co tym dziwniejsze, że autorzy towarzyszących fotografii są po bożemu wymienieni.

    1. Bo nie jest to tekst naukowy i jest jasne, że to cytaty, więc nie przypisuję sobie ich autorstwa, a „zamężnym mężczyzną” nie ma się co chwalić jeśli chodzi o jakość przekładu.

      1. Zacznijmy od tego, że prawo autorskie obowiązuje w każdym tekście, a nie tylko w tekstach naukowych – a ono nakazuje wskazać autora każdego przytaczanego dzieła. To raz. Dwa, że nie idzie o to, żeby wiedzieć, ŻE to przekład, tylko CZYJ to przekład. Zwłaszcza jeśli się go krytyuje – wówczas pominięcie autora krytyowanego utworu po prostu uchybia rzetelności. (Proszę sobie wyobrazić, że przez cały tekst nie wspomina się, że autorką książki jest Ferrante. Trudno to sobie wyobrazić, no nie?) I wreszcie: tekst jest recenzją całej tetralogii. Tłumaczyły ja dwie osoby (kto inny pierwszy tom, kto inny resztę). A oskarżenie – wobec braku podpisów – pada łącznie na obie tłumaczki. Czyli podpis może być nie tylko po to, żeby zaznaczyć, komu się coś zarzuca, ale i po to, żeby zaznaczyć, komu się nie zarzuca.

        Innymi słowy: i wymóg prawa, i rzetelność, i dobry zwyczaj. Więc: i należy, i warto.

        1. Uzupełniłam ten tekst o nazwisko tłumaczki, chociaż uważam, że w tym konkretnym wypadku nie ma to szczególnego sensu. Praca tłumaczek to w tej recenzji margines mojego zainteresowania książką Ferrante. Tłumaczki przetłumaczyły to, co dostały do tłumaczenia, czyli niezbyt błyskotliwą książkę, której, moim zdaniem, nie pomógłby ani Stiller, ani Cholewa, ani Szymanowski.Jest to więc raczej pretensja do wydawnictwa o to, że albo nie było przy tej książce redakcji i korekty, albo była, ale na odwal. A propos Szymanowski – cytaty z Umberto Eco w Wikicytatach nie są opatrzone nazwiskiem tłumacza. Innymi słowy – nie mają Pańskiego płaszcza i co im Pan zrobi. Także księgarnie internetowe nie podają nazwisk tłumaczek tetralogii neapolitańskiej.
          Pozdrowienia od sąsiadki z Muranowa.

          1. To nie zależy od wypadku. Jeśli zamieszczamy cytat, ustawa o prawie autorkim obliguje nas do podania nazwiska tłumacza, nawet jeśli tłumaczenie /redakcja są zrobione na odwal. To nie jest nobilitacja – podam tłumacza, bo tak fajnie to zrobił – tylko prawo wynikające wprost z ustawy o prawie autorskim. Przykład wiki, która łamie to prawo – chybiony, bo to kolejne uchybienie. I można zwrócić się o naprawę tego błędu, o co pewnie, jako stowarzyszenie tłumaczy, się postaramy. A księgarnie internetowe, cóż, łamią dobry obyczaj i nie należy równać do tego „wzroca”, ale jeśli nie cytują, nie naruszają bezpośrednio prawa autorskiego. Co do cytatu o płaszczu, raczej bym się nie powoływała. Ukradliśmy/ zgubiliśmy pański płaszcz i może pan nam naskoczyć. W takim społeczeństwie naprawdę chcielibyśmy żyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *