Historia pierwsza – szkoła jogi
Myli się ten, kto uważa, że jego usługi albo towary są tak unikalne, że to mu daje glejt na traktowanie klienta per nogam. Otóż klient idzie tam, gdzie go traktują z szacunkiem. Przypuszczam, że napisano mnóstwo książek o tym, jak to robić, kiedy coś poszło nie tak z winy usługodawcy. Ci, na których ostatnio trafiłam, z pewnością nie czytali ani jednej z nich.
Kiedy szukałam szkoły jogi, w której mogłabym się uczyć, miałam kilka wymagań. Żeby mi z niej nie jechało sektą, żeby to była szkoła ucząca według Iyengara i żeby można było do niej dojść z buta. Albo z hulajnogi. Upierdliwe dojazdy w korkach, ganianie po przejściach podziemnych, przesiadki – skutecznie mnie zniechęcają do wszystkiego.
Znalazłam szkołę – mniej więcej w odległości trzech przystanków autobusowych, czyli do pokonania pieszo nawet przy najgorszej pogodzie. Zajrzałam na stronę internetową. „Nie ma potrzeby rezerwowania miejsc. Zapraszamy!” – stało napisane. Bardzo miło. I to: „Przyjdź 15 min wcześniej z pustym żołądkiem, otwartym umysłem i luźnym strojem nie krępującym ruchów”.
Przyszłam zatem nawet 20 minut wcześniej. Recepcja zionęła pustkami. Przebrałam się w strój ćwiczebny, żeby nie marnować czasu i czekałam. Zaczęli nadchodzić jogini. Na dwie minuty przed rozpoczęciem zajęć do recepcji wpadła panna i w błyskawicznym tempie poczęła przyjmować od nich karty. Nadeszła moja kolej.
– Jestem pierwszy raz, chciałabym wykupić pojedyncze wejście, a jak stwierdzę, że to aktywność dla mnie, to cały miesiąc – powiedziałam i podałam swoją kartę.
– U nas płatność tylko gotówką! – rzekła panna. – Jest o tym na naszej stronie.
Terminal okazał się terminalem nie do kart kredytowych, tylko do systemu Benefit i Multisport. Nie miałam gotówki. Panna postanowiła mi pójść na rękę i mi doradziła „przejście się do bankomatu po drugiej stronie ulicy”.
W lutym, w gaciach ćwiczebnych, w koszulce z krótkim rękawem. I w chwili rozpoczęcia zajęć. Zrobiłam więc w tył zwrot, ubrałam się i wyszłam stamtąd. Tak się nie robi ze mną biznesu. Biznes się robi, mówiąc „wejdź wobec tego za darmo; jak ci się spodoba, to przecież wrócisz”. Albo: „zapłać po zajęciach, ponieważ, przepraszam, spóźniłam się i to z mojego powodu dowiadujesz się o płatnościach gotówką w ostatniej chwili”.
Historia druga – audiobooki z Virtualo
W piątek przed długim majowym weekendem księgarnia Virtualo oferowała audiobooki za pół ceny regularnej. Moja córka miała u mnie voucher na dwa audiobooki, w księgarni były te konkretnie, które chciała mieć, więc kupiłam z opcją „na prezent”. W takiej opcji książka nie trafia na moją wirtualną półkę, tylko do tego, komu chcę prezent zrobić. Zapłaciłam i po godzinie otrzymałam informację „Twój prezent został wysłany”, więc przestałam myśleć o sprawie.
Późnym popołudniem córka ściągnęła do domu i bardzo się zdziwiła – niczego nie otrzymała. Napisałam do Virtualo: „Szanowni Państwo, Kupiłam dwie książki audio na prezent. Otrzymałam potwierdzenie, że zostały wysłane do obdarowanego. Tymczasem obdarowana osoba niczego nie otrzymała (a miał to być prezent na długi weekend). Ja tych plików pobrać nie mogę, bo przecież poszły do kogoś innego. Jak Państwo zamierzają to rozwiązać? Bo pieniądze poszły, plików nie ma, osoba jest rozczarowana, a ja myślę, że trzeba to było wziąć na swoje konto, wrzucić na pendrajwa i problem byłby z głowy. Potem się Państwo dziwią, że ludzie piracą, zamiast kupić coś uczciwie”.
Otrzymałam odpowiedź: „Dzień dobry, osoba obdarowana nie otrzymuje plików mailem. Osoba obdarowana otrzymuje mail z linkiem do logowania. Proszę sprawdzić Spam w skrzynce mailowej.
Jeżeli nie ma wiadomości w spamie, to można wygenerować nowe hasło.
Proszę wejść tu: https://virtualo.pl/?form=login i wybrać opcję Zapomniałem hasła, wpisać mail blabla@interia.pl i wysłać. Na ten adres przyjdzie mail z dwoma linkami. Jeden link będzie do aktywacji konta, drugi do ustawienia hasła. Następnie wystarczy się zalogować i pobrać tytuły”.
Korespondencja w tym duchu trwała jeszcze trochę i urwała się po moim mailu o treści „Zostało wielokrotnie zrobione według podanej przez Państwa instrukcji i osoba, która miała dostać audiobooki, w dalszym ciągu nic nie otrzymała. Wrzućcie mi to Państwo na półkę, skoro ten system nie działa. Przysięgam, że ja tego słuchać nie będę, bo audiobooki mnie męczą”.
W poniedziałek córka zadzwoniła do Virtualo, mówiąc zgodnie z prawdą, że jest zła i rozczarowana, ponieważ audiobooki miały być słuchane według planu w długi weekend, który tymczasem minął. Osoba po drugiej stronie słuchawki prychnęła, że właśnie dzisiaj zostały wrzucone na moją półkę (dawaj, rzuciłam się odpalać kompa, żeby sprawdzić, uff, jakie wielkie szczęście, istotnie, były!). A dlaczego dopiero teraz? „Bo to można zrobić tylko przez biuro, a w weekend było zamknięte”. A wszystko to dlatego, że córka ma maila na Interii, która odrzuca wiadomości od Virtualo, traktując je jak spam (zabijcie, nie zgadnę, dlaczego).
Klienta utrzymuje się przy sobie niekoniecznie zarzucając go spamem i propozycjami. Można mu, skoro już się go ma na linii, dać mu jakiegoś gratisowego audiobooka. Ludzie się na to biorą, naprawdę. Ale – podobnie jak w przypadku szkoły jogi – nade wszystko warto powiedzieć „przepraszamy”, zwłaszcza mnie. Myli się ten, kto uważa, że jego usługi albo towary są tak unikalne, że klient nie poszuka sobie innego miejsca, gdzie zostanie potraktowany z szacunkiem.
Dowcip taki mi się przypomniał. Facet ustępuje miejsca innemu facetowi. Tamten siada bez słowa. Więc ten, który ustąpił miejsca mówi: „A może by tak jakieś magiczne słowo?” A ten drugi:
– ABRAKADABRA!
Ilustracja otwierająca: Abrakadabra i pocałujta w dupę wójta
Temat podobny (ruchem pasikonika szachowego): http://www.towarymieszane.pl/zaklnij-jak-prawdziwa-lady/
