Przez cały okres pobierania nauk robiłam wszystko, żeby nie ćwiczyć na wuefie. Nie wiem, czy jestem typową przedstawicielką moich roczników, ale mam podejrzenie, że owszem, tak. Migając się znaczną część życia od WF, równocześnie szukałam jakiejś aktywności fizycznej dla siebie.
Pierwsze zajęcia z usportowienia zafundowali mi rodzice. Od czwartego do ósmego roku życia chodziłam na łyżwiarstwo figurowe. Nie lubiłam tego bardzo. Po pierwsze, nie lubię wstawać wcześnie dla byle jakiego powodu, a trzeba było poderwać się o piątej-szóstej nad ranem. Po drugie, łyżwiarstwo figurowe było jedną z najnudniejszych rzeczy, jakie musiałam robić w życiu. Razem ze mną cierpiała moja matka, pokutując za bandą i przytupując na mrozie (bo kryte lodowiska wtedy nie istniały, łyżwy były sportem sezonowym). Podjeżdżałam do bandy i pytałam „I co teraz mam zrobić?” „Zrób pistolet” – odpowiadała matka. Robiłam pistolet i wracałam do bandy jak mędliwy bumerang. „I co mam teraz zrobić?” „Zrób jaskółkę”. Po zrobieniu jaskółki podjeżdżałam znowu i znowu pytałam: „I co teraz?”
Latem, kiedy lodowisko nie działało, mieliśmy suchą zaprawę, która w istocie była gimnastyką. Bardzo ją lubiłam, ale nikt się nie zorientował, że tak jest. Możliwe, że nie miałam wystarczająco dużo talentu, żeby zostać odkryta.
Potem poszłam do szkoły muzycznej, a łyżwy się wykluczały ze skrzypcami i koszmar się skończył. Dzisiaj nikt za żadne pieniądze mnie nie namówi do założenia łyżew. Równocześnie to chyba moja jedyna schiza zimą: że się poślizgnę i potłukę.
Z podstawówki pamiętam smród w przebieralni i wuef z chłopcami. Wobec nędzy szkolnictwa nie sądzę, żeby w tym zakresie coś się zmieniło. Nie chcę tu się wdawać w rozważania, czy wuef powinien być koedukacyjny czy nie. Moim zdaniem przede wszystkim nie powinien być na ocenę i być mniej nastawiony na gry zespołowe, bo takie podejście wyklucza dzieci słabsze z wuefu z grupy. „To PRZEZ CIEBIE przegraliśmy”.
W liceum przez pewien czas fizkulturę miałam z pewną nastrojową staruszką, która nauczała jeszcze babcie moich niektórych koleżanek, co miało miejsce we Wilnie. Dama ta ubóstwiała skoki wzwyż w naszym wykonaniu. Przy moim wzroście skoki wzwyż, siatkówka, koszykówka nie są i nie mogą być ulubioną formą aktywności fizycznej.
Zagrożona repetą z wuefu, korzystając z krótkowzroczności owej damy, skoczyłam pod poprzeczką, wzniecając dla zmyłki tumany kurzu.
– No widzisz, jak chcesz, to potrafisz! – ucieszyła się pani profesor.
I zażądała powtórzenia wyczynu. Niestety, taka rzecz udaje się tylko raz. W desperacji skoczyłam, zrzucając podpórki i poprzeczkę na spracowane grzbiety niedysponowanych, zatrudnionych przy grabieniu piasku.
Od tej pory pani zarządziła marszobiegi. Ja się chowałam z taką jedną koleżanką w pewnej bramie na ulicy Lisowskiej, a w stosownym momencie wyrywałam na czoło peletonu.
Potem przyszła nowa nauczycielka, nastawiona na koszykówkę (zaznaczam: mam wzrost siedzącego psa niedużej rasy, bardzo miłego). Siłę perswazji miałam sporą i lekarze mi wypisywali zwolnienia z wuefu. Były to zwolnienia autentyczne, niepodrabiane, ale baba miała do nich wąty i rozmaite ale. I to się robiło nudne. Ale miałam też kolegę (obecnie jednego z najlepszych kardiologów w tym kraju), którego matka, lekarka, wyjechała na stałe za granicę, pozostawiwszy recepty, bloczki i pieczątki. Kolega zatem napisał mi zwolnienie „z powodu częstych nieżytów nosogardzieli”, a ja to zaniosłam do szkoły.
– No! – powiedziała madama od wuefu. – Nareszcie niepodrobione!
Zdałam na studia. Wuef się zapowiadał na nich równie przerażająco, więc udałam się do lekarza, który kierował (lub nie) studentów na taki specjalny wuef dla połamańców (pani Kowalska, proszę lewą nogę wyżej. A dobrze. Jak pani nie może, to niech pani nie podnosi). Nie był specjalnie chętny, ale okazało się, że jest lekarzem wojskowym, więc się z nim dogadałam i zwolnienie dostałam („Jestem córką żołnierza zawodowego!”|. „Siostro, ten przypadek się do nas kwalifikuje, proszę podać skierowanie”).
Nie jest tak, że nie lubię się ruszać i jedynym sportem, który bym chciała uprawiać jest leżenie na czas.
Przez pewien czas chodziłam na tai-chi, które wówczas nie było jeszcze modne. Było to moje najtrudniejsze doświadczenie z własnym ciałem ever. Nie byłam w stanie zapamiętać kolejności poszczególnych pozycji, na co wpływała także konieczność wykonywania ruchów powoli.
Potem znalazłam „gimnastykę dla pań po czterdziestce”. Były to bardzo dobrze prowadzone zajęcia, naprawdę sensowne. Niestety – przy głośnej muzyce. Zrezygnowałam, bo nie wytrzymywałam tego łomotu i wibracji.
Następnie trenowałam krav magę. Było to świetne doświadczenie i dało mi mnóstwo dobrego; sądzę też, że odruchy nabyte na treningach uratowały mi życie, kiedy to mój gadzi mózg zadecydował, że przed niepoczytalnym motocyklistą należy uciekać tyłem. Niestety, na skutek splotu różnych okoliczności przez jakiś czas nie mogłam chodzić na treningi, a powrót na nie ciągle coś utrudniało. Więc postanowiłam znowu poszukać czegoś innego.
Znalazłam jogę. Prawdę mówiąc, myśl o jodze wracała do mnie na przestrzeni lat dość uporczywie. Ale obawiałam się dwóch rzeczy. Bezruchu (bardzo się myliłam; ten pozorny bezruch wymaga niezwykłej dyscypliny w różnych obszarach) i atmosfery sekty. Znacie to ze sklepów z eko-sreko żywnością. Te szepty, zdrowe, niezdrowe, eko, uzdrawiające, gluten, kasza jaglana. Koncert na gongi, po pierwszej sesji od razu mi lepiej i w ogóle ommm. Zresztą na kursie dla początkujących znalazła się osoba (kursantka), która za każdym razem domagała się potwierdzenia „No ale ci się podoba, przecież chodzisz”. No bo ja wiem. Zapłacone, trzeba wypić, a poza tym do dentysty też chodzę, bynajmniej nie dlatego, że mi się to podoba i to lubię.
Mimo wielkiego sceptycyzmu, jako osoba obleśnie praktyczna, dostrzegam dobre strony jogi. Nie wymaga działania zespołowego, ćwiczy się ją w ciszy, najlepiej tak, żeby nie krzywdzić siebie i nie robić nic wbrew sobie. Spokojnie można ćwiczyć w domu, a na sesję pod kierunkiem nauczyciela chodzić raz na jakiś czas. Nie wiem, ile z nią zostanę. Nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia. Lubię ją tak mniej więcej jak wszystko, czyli „może być”. Jeśli skończy się to małżeństwem, będzie to małżeństwo z rozsądku.
I tak sobie myślę – ile jest takich osób jak ja, które migały się od koszmarnego wuefu w szkole, a całe dorosłe życie poszukują jakiejś formy aktywności fizycznej odpowiedniej dla siebie. Ile jest takich, które niczego nie szukają, bo postawiły na to lachę. Ile jest takich, które uważają, że sprzątanie mieszkania zapewnia im odpowiednią dawkę ruchu. Ile jest takich, których nie stać na żaden sport.
Doskonale świadczy o tym fakt, że karta multisport jest przedmiotem pożądania i handlu. A równocześnie w mojej firmie, która zatrudnia naprawdę słuszną liczbę osób, uzbierały się tylko cztery, zainteresowane taką kartą. Do uruchomienia programu trzeba było pięciu, takżeten. Przerąbane.
(Machnęła ręką i odjechała na hulajnodze. Jazda na hulajnodze to jeden z najlepszych treningów aerobowych, wiecie o tym?).
A Wy? Ćwiczycie coś?

też chodzilam na jazdę figurową.Zapisali mnie do klubu i bardzo to lubiłam.Lodowisko kryte;),ale wiadomo górnicy wiele mogli…
I to był jedyny sport bowiem z powodu choroby mialam zwolnienie hm, do VI klasy…z wf.Potem chodzilam i nawet lubiłam ale słusznego wzrostu bawiła mnie koszykówka;).na studiach też mi się udało bo ćwiczyłam judo i grałam w kosza;)
Teraz ćwiczę jazdę na rowerze,spacery z psem i łażenie bez celu byle dalej;)
To lodowisko („Torkat”) też było na Śląsku. W Katowicach:)
Ja pływam. Tak do upojenia, nawet przez 3 godziny. Zdarza się, że unosząc się na wodzie (musi być ciepła) przeżywam coś w rodzaju deprywacji psychosensorycznej. Szczególnie jeśli jest to noc. Dobrze mi to działa też na mózg.
Podobno wyszliśmy z wody:)
Uwielbiam biegać (bo 1. mogę to robić we własnym tempie, 2. o wybranej porze, 3. bez specjalnego ekwipunku, 4. sama oraz 5. jak długo chcę (jak mi się nudzi to zaczynam po prostu iść albo wracam do domu)) i zupełnie przypadkiem odkryłam, że jestem w tym całkiem niezła. Też jestem wzrostu siedzącego psa.
WF w podstawówce i liceum był mordęgą. To przeze mnie przegrywaliśmy, nie miałam rytmu, nie potrafiłam rzucać. Jedyne co miałam, to w miarę rozsądną wytrzymałość, więc umiałam długo wisieć na drabinkach.
W drugiej klasie LO nas nauczyciel (promujący chodzenie na WF nie wyniki) zrezygnował w połowie semestru i szkoła na zastępstwo zatrudniła byłego trenera koszykówki z ligi kobiecej. Grałyśmy sobie na połowie sali, nawet mi się podobało. Podszedł do mnie i mówi „Staphre, zejdź proszę z boiska, bo psujesz mi piękno tego sportu.”
Też umiałam wisieć na drabinkach – miałam niezły trening z trzepaka. Wszystkie te świece, przewroty w tył – to lubiłam. Do biegania się raczej już nie przekonam – jakoś mnie to nudzi (a chodzenie nie, taka ciekawostka). No i cyc. Cyc przeszkadza w bieganiu. Tekst nauczyciela mnie umarł.
Ja się do biegania przekonałam jak pracowałam jako cieć akademika i musiałam gdzieś wyładować frustracje na studentów i zarząd a jednym na drugich nie mogłam.
Cyc ujarzmiłam stanikiem sportowym za milion pieniędzy. Jedna z lepszych inwestycji miliona pieniędzy, jakiej w życiu dokonałam.
Mam taki stanik – też za milion pieniędzy, ale to dalej jest dyskomfort. Ja po prostu nie lubię biegać.
Ja miałam okazję zetknąć się z tai chi (styl chen, bo ponoć różne bywają) w zeszłym roku, na tygodniowym obozie. I mogłabym powiedzieć, że to miłość mego życia (na tym etapie życia, na którym jestem) – co z tego, kiedy po powrocie do mojej mieściny nie mam gdzie kontynuować. Metoda nauki przez kopiowanie ruchów z YouTube średnio daje rezultaty ;)
Szkoda. W tej sytuacji pewnie inwestowałabym co jakiś czas w taki obóz i jednak próbowała potem w domu.
O, tak. Ja wydębiłom zwolnienie z WF jakoś w 7 klasie podstawówki, ale załapałom się jeszcze na rzut do kosza na ocenę. Pała z WF, ale to brzmi. Ratowała mnie wrodzona elastyczność i siła, więc dla odmiany z wszelkich fikołków i rzutów piłką lekarską miałom piątki. Jednak do dziś nie rozumiem, jak można stawiać komuś ocenę za mniej lub bardziej giętki kręgosłup. W liceum kontynuowałom karierę zwolnionego z wielką radością, gdyż nasza nauczycielka stawiała na siatkówkę, a ja na widok lecącej piłki automatycznie robię unik. Na studiach nie było WFu! Prywatnie lubię każdy sport, który można uprawiać samotnie, nikt mną nie dyryguje i się na mnie nie gapi. Tai chi również było grane, bo właśnie mi bardzo odpowiada ta powolność, gdyż mam kłopot z koordynacją ruchową, co wyklucza wszelkie aerobiki i inne zumby. Ale przy moim obecnym trybie pracy wszelkie zorganizowane zajęcia odpadają. Odrobinę jogi ćwiczę sobie w domu, codziennie witam słońce dla porannego rozruszania ptaka. Jeżdżę na rowerze, biegam z zadyszką i cross-fituję. Kiedy uda mi się dorwać kapok, osobę towarzyszącą oraz jakiś akwen, to chętnie kajakuję. Gdybym mogło pływać, to pewnie lubiłobym pływać. Jednak najbardziej lubię chodzić. Byle gdzie, byle szybko i daleko.
Być może tai-chi było niedobre dla mnie na tamtym etapie życiowym? Za jakiś czas spróbuję z jogą sama w domu; na razie jakoś nie mam odwagi.
Ahem, jestem negatywem bohatera lirycznego ;) Ćwiczyłam na w-fach chociaż mogłabym mieć zwolnienie 'na łocy’, jeździłam na figurówkach żałując że jestem za stara do sekcji, umim na nartach, umim pływać, trenowałam długo i wytrwale takie różne wschodnie machanie rękami, nogami i rzucanie ludźmi o glebę, w kosza i siatkę mimo wzrostu też lubię, tai chi – tak, najchętniej jako relaks po czymś bardziej dynamicznym, jak sobie przypomnę gdzie mam kijki to uprawiam nordic walking a najczęściej chodzę na tzw. fitnesy czyli różne takie co to onegdaj się nazywało aerobik. W zasadzie nie podeszło mi tylko biegane i piłka nożna. Z tych rzeczy które próbowałam ;)
ps. I tenis ;) ping-pong mniej ale też.
Bieganie u mnie nie wchodzi w rachubę. próbowałam – nudne.