1500 dobrych rad, które wsadźcie sobie gdzieś, czyli co ja ci na to poradzę

Kilka dni temu zobaczyłam komentarz u koleżanki, która wylądowała z dzieckiem w szpitalu. Jedna z komentujących wzniosła się na wyżyny współczucia, pisząc „zalecam leżenie do góry brzuchem, bo jest zupełnie niekontuzjogenne” (znacie to: potykacie się, już dotykacie gleby, a ktoś życzliwie wam radzi „Uważaj!”).

Rację ma Amy Alkon *, że współczesna rozmowa polega głównie na czekaniu. Chodzi o ten krótki moment, w którym rozmówca się zawiesza albo nabiera powietrza w płuca. To my mu wtedy! Wtedy możemy mu powiedzieć, że ma problem z dupy, ocenić jego postępowanie, pokazać mu, że nie wpadł na najprostsze pod słońcem rozwiązanie, a następnie zacząć opowiadać o sobie.

Przypomniało mi się, jak kiedyś poszukiwałam atlasu anatomii psa i rozpuściłam wici wśród znajomych. Cały pic polegał jednak na tym, że anatomia psa miała być pokazana w tym atlasie także z góry, od części grzbietowej, a nie tylko z profilu. Jedna osoba, która bardzo chciała być pomocna (i być może udowodnić mi, że nie umiem szukać i jestem debilem) obdarowała mnie linkiem do Wikipedii oraz atlasu anatomii psa, w którym rzutu z góry oczywiście nie było. Ja się nie obrażam o takie rzeczy, ponieważ jestem jedną z najinteligentniejszych osób, jakie znam; ja tylko popadam w stupor. Jak nie prosisz o radę – to ją dostajesz. Jak prosisz, to dostajesz jakieś śmieci albo salomonowe krygowanie się, że „to zależy od człowieka” i „każdy ma inaczej”. Albo link do Wikipedii i pytanie, czy wrzucałaś to w Google.

Spróbujcie napisać w statusie na fb (albo powiedzcie w rozmowie towarzyskiej), że coś was boli. Zaraz was zdiagnozują i zalecą leki (które są na receptę, ale recepty wam nie wypiszą).

Powiedzcie, że jesteście nieszczęśliwi, bo zamiast nad morze, jedziecie w góry. Ciesz się górami albo jedź nad Solinę; tam są góry, ale jest też i woda.

Poprosiłam znajomych, żeby opowiedzieli, jaką dostali najbardziej niepożądaną, absurdalną radę, o którą nie prosili, a którą otrzymali zamiast empatii, wysłuchania, towarzyszenia w niedoli. Ilość materiału zwrotnego przerosła moje oczekiwania.

Kłopot z tym materiałem jest taki, że czasami granica między dobrą radą a poleceniem zaciera się. Wynika to z tego, że i rada, i polecenie są wypowiedziami nieasertywnymi, naruszającymi cudzą przestrzeń i obie – w domyśle – zawierają ocenę. Niechciane rady są formą przemocy, tak samo jak polecenia i oceny. A po wrzuceniu w Google hasła „niechciane rady” wyskakuje 164 000 wyników.

Kiedy teściowa rzuca do synowej „Kobieta powinna ważyć 54 kg” to nie jest to klasyczna dobra rada, tylko ocena połączona z pasywno-agresywną  uwagą. Koleżanka, która wchodzi do mojego, czyli nie swojego, pokoju i powiada  „wywietrz sobie, bo masz duszno”, próbuje mną dyrygować (niech spada, to mój pokój i mój zaduch). Sens obu jest taki sam: pod pozorem troski pasywna agrecha bulgocze jak smoła w piekle: lebiego, ja ci powiem, jak żyć.

Tu przechodzimy do szczegółów z życia wziętych. Dziękuję wszystkim moim znajomym, którzy podzielili się ze mną otrzymanymi dobrymi radami, pozostawiając ich  jednak anonimowymi.

  • Wygrał terapeuta, który zaczął męczyć klientkę, która się pocięła, co by mogła zrobić, żeby do tego nie doszło (Oj, uważaj, przewróciłaś się!), a na zwróconą uwagę powiedział „Ale przecież MY tylko robimy burzę mózgów”.
  • Osoba, która w dzieciństwie była opuszczona przez rodziców i doznała od nich przemocy, głodu, zaniedbania i wykluczenia, od kogoś, kto nie miał pojęcia o szczegółach: – Ukochaj swoją traumę, przytul ją. Ona jest częścią ciebie. 
  • „Spytałam kiedyś rodziców, czy mogą mnie wesprzeć finansowo, bo miałam bardzo niefajną sytuację. Odpisali, że nie bardzo, bo nie mają. I dodali, że nawet gdyby mieli, to by raczej dali na dzieci z Etiopii i że chętnie podadzą mi kontakt do pani, która mi powie, jak się na takie dzieci wpłaca, bo przecież warto, żebym i ja wpłacała”.
  • Dobre rady dla chorych na depresję: weź się za robotę, bo depresja to lenistwo umysłu. Możliwe rozmaite wariacje tej złotej rady, na przykład: za dużo myślisz, przestań, to depresja ci przejdzie.
  • Po co się truć psychotropami, jak pani zajdzie w drugą ciążę, to od razu pani depresja przejdzie (ginekolog).
  • Rób coś, co ci sprawia przyjemność (problem z depresją polega między innymi na tym, że to, co sprawiało kiedyś przyjemność nie sprawia jej wcale i jest to frustrujące/wkurwiające/dołujące, ponieważ chory – niestety – wraz z depresją nie otrzymuje w pakiecie amnezji).
  • Ortopeda do pacjentki, która przyszła z rwą kulszową, bo przetrenowała się na siłowni :- Jest pani za gruba, musi pani mniej jeść i więcej ćwiczyć”. (Ciąg dalszy.  Pacjentka:  Nie zdażyłam powiedzieć – to po sesji na siłowni, a otyłość mam polekową. Mam do wyboru albo zdrowie psychiczne, albo talię.)
  • – Ochrzcij, to przestanie chorować.
  • – Jak się bedziesz modlić to się rodzice zejdą – opiekunka do dziecka w przedszkolu.
  • – Zrób coś ze sobą, wyglądasz jak kocmołuch – matka do córki, gdy była na bezrobociu, nie mogła znaleźć pracy, w depresji, a mąż jej oświadczył, że się właśnie rozwodzi, bo zakochał się w jej koleżance, której notabene robotę załatwił, a jej „nie mógł”.
  • – Każde doświadczenie ma sens i nas czegoś uczy; zobaczysz, jak skończysz żałobę – do osoby, której umarło dziecko.
  • – Straciłaś człowieka, zyskałaś anioła. Wyobraź sobie, ze on teraz czuwa nad tobą z nieba– do dziewczyny, której samochód rozjechał narzeczonego. 
  • – Urodź drugie dziecko, póki pierwsze z pieluch nie wyszło.
  • – Masz drugą córkę, to trzeba działać dalej, aż będzie syn.
  • – Musisz się wziąć w garść, być silna dla dziecka!
  • – Trzeba dbać o swoją dupę – tymi słowy ginekolog chciał powiedzieć pacjentce, że to dobrze, że przyszła na kontrolę.
  • – Odzyskaj wiarę, to będzie ci łatwiej – do matki, której dziecko przebywało na psychiatrii dziecięcej, a mąż któryś tydzień pod rząd nie wstawał z łóżka.
  • Do matki dziecka z zespołem Tourette’a: – Nie rób z niego kaleki.- Normalny chłopak, nic mu nie jest! – E tam, ja tam miałem taki tik – ciągle mrugałem oczami i mi przeszło. – Tylko go nie faszeruj lekami! – Naprawdę nie może przestać? To w szkole może, a teraz nie może? – Musi się przyzwyczaić, że w życiu ulg nie będzie miał.
    Do matki dziecka autystycznego: – On z tego wyrośnie. – Mój mąż/brat/kuzyn też tacy byli aspołeczni/nieprzystosowani/mieli obsesję na punkcie komputerów, i zobacz, radzą sobie.
  • Do matki dziecka z zespołem Downa: – Dziecko z zespołem Downa to dodatkowy chromosom do kochania.
  • Do matek dzieci z jakąkolwiek chorobą: Bóg daje chore dzieci tylko bardzo dobrym matkom.
  • W Poradni Chorób Metabolicznych Centrum Zdrowia Dziecka – jedynej dla całego Mazowsza – czekałam 8 miesięcy na zaplanowaną wizytę, na której to: była lekarka na zastępstwo, bo lekarz zachorował, a kompletnie nie miała wiedzy na temat choroby, z którą do niej przyszliśmy (oczywiście miała wcześniej wgląd w skierowanie, na którym była nazwa choroby, ale nie była łaskawa przygotować się do pracy choćby z Wujkiem Google, żeby wiedzieć, o co w ogóle tu chodzi). Po tym, jak streściliśmy jej krótko co to za choroba i że dwoje z trojga naszych dzieci ją ma, orzekła – „Nie rozumiem po co państwo przychodzą, po radę? przecież tu powinna być zrobiona diagnostyka genetyczna ZANIM się państwo zdecydowali na dzieci… bo teraz to już co ja zrobię?”.
  • – Nie oddawajcie krwi, bo jeszcze was tam czymś zarażą.
  • – Nie idźcie w góry, bo jeszcze nogę złamiecie.
  • W nocy spadł pierwszy śnieg i sparaliżował Warszawę. Do pracy jechałam zbiorkomem, ponad dwie godziny spóźnienia. W pracy szef się piekli, mówię, że co mogłam na to poradzić, wszystko stoi, nic się nie da zrobić – „To trzeba było wyjść wcześniej!” (Chyba najbardziej kretyńska rada, jaką można usłyszeć w razie niespodziewanego wypadku. „To trzeba było (pomyśleć) wcześniej”.
  • Przypadkowo spotkana koleżanka z zamierzchłej przeszłości, widząc, że idę do schodów ruchomych pouczyła mnie, że „trzeba się więcej ruszać”.
  • Wk mnie strasznie krzyczące dzieci. Najlepsza rada, jaką usłyszałam to „zrób sobie swoje”. Że niby ma zagłuszyć te z podwórka?
  • Tę radę przeczytałam na nieodżałowanym forum Cosmopolitan. Urzędowały tam głównie młode kochanki, podjarane seksem, pieprzem i wanilią, no i raz jedna założyła wątek, bo wyrwała żeniatego gościa, gościu porzucił żonę, a autorka miała skrupuły i pytała, jak sobie z nimi poradzić, bo żona popadła w jakąś depresję czy coś. I otrzymała poradę, żeby wyciągnęła dłoń do żony i jakoś jej pomogła przetrwać ten mroczny czas.

Udzielę ci rady, czy chcesz, czy nie, a ty bądź za to wdzięczny

Ten sposób myślenia rozprzestrzenia się jak zaraza. Gazeta wali we mnie tytułem  „21 potraw, które musisz ugotować w sierpniu” (srsly, to sierpień ma 21 weekendów?!), poza tym nic nie muszę, a już na pewno nie gotować. Albo „Ciuchy, które musisz mieć”. Nie, nie muszę.

W tym chałupniczym poradnictwie daje się zauważyć pewną prawidłowość. Im trudniejsza sytuacja, tym dowcipniejsze rady. W przypadku porad, o które prosimy: im większy konkret, tym poziom abstrakcyjnego poczucia humoru doradców wzrasta.

Tekstualna pisze: Innym to można doradzić, gdzie kupić tanie truskawki, bo są strasznie drogie po zimie. Można podpowiedzieć, jak schudnąć i co jeść. Można książkę zasugerować. Można polecić prawnika, lekarza, księgową, położną. Ale raczej nie powinno się radzić, jak poradzić sobie w ciężkiej sytuacji, gdy się nigdy w podobnej nie było. Z emocjami nie ma lekko.

No więc jednak nie można. Koleżanka może być szczęśliwa ze swoją nadwagą i nie życzyć sobie porad dietetycznych. Lub odwrotnie, może być z nią tak nieszczęśliwa, że nawet nie chce o tym rozmawiać z przypadkowym społeczeństwem. Ktoś może być w depresji albo w żałobie i nie mieć przestrzeni na czytanie.

W sumie każdy z nas powiedział kiedyś coś głupiego, nietaktownego, udzielił niechcianej porady i powiedział komuś innemu, jak się powinno żyć. Ja też nie raz i nie dwa w ten sposób zgrzeszyłam. Już w 1812 roku poradnik Ignacego Lubicz Czerwińskiego Skazówka listowa czyli nauka o listach dla dzieci zawiera rozdział W materyi, gdzie kto prosi o radę, albo nieproszony onę daie. A Homer pytał: Jakież to słowo niebaczne wyrwało się zza zagrody twych zębów? Naprawdę lepiej jest po prostu przy kimś być w milczeniu, niż kłapiąc paszczą próbować zostać alfą i tą, tam, no… amebą.

* Amy Alkon jest tym dla dobrych manier, czym Martha Stewart dla ogniska domowego, ale jednak bardziej przytulna.

 

Ilustracja otwierająca: Dupy wprawdzie nie widać, ale z kontekstu jasno wynika, że na pewno są w niej wszystkie dobre rady, jakich udzielił jej właściciel innym ludziom.

Źródło: Leaving Hell (Inferno XXXIV), Dante, Divina Commedia, Urbino and Ferrara 1477-1478 (Biblioteca Apostolica Vaticana, Urb.lat. 365, fol. 95v).

12 Komentarze: “1500 dobrych rad, które wsadźcie sobie gdzieś, czyli co ja ci na to poradzę

  1. Mam podobny wniosek. Jesteś jedną z najbardziej inteligentnych osób jakie znam. Nawet sądzę, że w pierwszej trójce :)

    1. :-))) Na a jeszcze dochodzi do tego taki mechanizm, że ludzi, którzy mają podobne poglądy do naszych, uważamy za inteligentniejszych od całej reszty :)

  2. Byłam (może nadal trochę jestem) jedną z tych osób, o których mowa w artykule. Na szczęście parę razy usłyszałam „posp… z tymi radami” i zostałam niemalże całkowicie uleczona. Teraz już nie przejmuję się cudzymi problemami. Polecam, Goździkowa.
    Tylko mi się śmiać chce, jak słyszę jojczenie, jacy to ludzie są samolubni i nie obchodzi ich cudze nieszczęście :D

    1. Chyba sporo może zależeć od kontekstu, od rangi problemu, od tego, kto jojczy. W sumie najlepiej sprawdza się pytanie „Czy mogę coś dla ciebie zrobić?”, bo nie narusza cudzego terytorium.

      1. Próbowałam, też zostałam oburczana że ja to zaraz muszę coś robić, przecież oni chcą sobie tylko pojęczeć. No cóż, podchodzę do problemów zadaniowo i trudno. Jest to na tyle przydatne nastawienie w moim życiu, że nie będę z niego rezygnować. Dlatego łatwiej mi nie słuchać.
        Pomijając już, że kiedy wykazuję chęć pomocy i zostaję obsobaczona, to jest mi zwyczajnie przykro.

        1. Tak, dla zadaniowca jest to trudne, niemniej ludzie powinni do rozwiązań dochodzić sami. Potrzebują nas mniej więcej tak, jak dr House swoich pracowników, którzy w istocie byli jego biała tablicą.
          Oczywiście są też ludzie-huby, ludzie-bluszcze i ludzie-jemioły, którzy po prostu lubią innym truć dupę.

  3. zdarzało mi się udzielać rad.Ale nie z przekonania że wiem lepiej
    tylko akurat podobna sytuacja u mnie,wokół mnie zaistniała i postępowanie takie i takie przyniosło skutek.
    To też było często źle widziane.
    Zamilkłam.
    I dobrze mi z tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *