Porządki Zen

Od kilku tygodni robię porządki Zen. Porządkowanie swojej przestrzeni może dawać mnóstwo przyjemności – pod warunkiem, że odbywa się na własnych zasadach. Oczyszczanie mojej przestrzeni otwiera mi nowe przestrzenie w mózgu. Jestem zresztą dziwnie spokojna, że to typowe zjawisko. Myślę, że większa część ludzkości ma skrzywiony pogląd na porządki z tego mianowicie powodu, że rodzice wymagali od niej porządku, ale nie uczyli, jak go osiągnąć.

Typowe rodzicielskie zrzędzenie to, na przykład „Gdybyś ty poświęciła na sprzątanie swojego pokoju codziennie piętnaście minut, to by w nim było jak w pudełeczku”. Nie wiem, jakie pudełeczko mieli na myśli moi rodzice, ale jeśli jakieś z mojego pokoju, to byłoby to niezapomniane przeżycie. Legenda piętnastu minut to prawdziwa legenda miejska; w życiu się nie sprawdza i w rezultacie oznacza tylko turlanie bałaganu z jednego miejsca w drugie.

To samo dotyczy mądrości „Po prostu wyrzuć jedną niepotrzebną rzeczy dziennie”. Marie Kondo*, Japonka, która poświęciła 80 procent swojego życia na opracowanie skutecznej metody sprzątania, mówi: „Wyrzucając jedną rzecz dziennie, mogłam pozbyć się do końca roku 365 rzeczy”. To niewiele, zważywszy, że przeciętny ukręt z porządnego sprzątania to dwadzieścia 45-litrowych worków, a w ekstremalnych przypadkach – dwieście worków.

Niedawno zadano mi pytanie „Ale jak się zmusić do porządków?”. Ja myślę, że zmuszanie się nie ma sensu. Zmuszali nas rodzice, wychowawcy, współlokatorzy, partnerzy, męczący koledzy w pracy, a nawet panie sprzątające („bardzo prosimy o usunięcie części papierów z biurka”, do tego łapówka w postaci talerzyka z szarlotką). Osiągnięte efekty polegały na zepchnięciu bałaganu pod ściany, a uzyskana powierzchnia na nowo błyskawicznie zarastała bielmem podłości.

Dlaczego? Bo to innym na tym zależało (lub zależy). To trochę tak, jakby kto inny posprzątał nami. A za kogoś się posprzątać nie da. Marie Kondo mówi o tym tak: „Świadomość danej osoby i jej perspektywa na życie jest o wiele ważniejsza, niż jakakolwiek umiejętność sortowania, przechowywania czy jakakolwiek inna. Porządek zależy od osobistych wartości, którymi chcemy się kierować”.

Więc zmuszać się nie ma sensu, ale można zaeksperymentować, kierując się tym razem wskazówkami Marie Kondo (ostatecznie robi majątek na sprzątaniu, a w sumie kto zabroni porzucić eksperyment, jeśli okaże się on nieudany).

Zasady są proste.

Należy zacząć od wyrzucania rzeczy, kierując się ich kategorią, a nie lokalizacją. Kategorie to ubrania, książki, papiery, varia i na końcu – rzeczy, które mają wartość sentymentalną. Większość z nas nie zadaje sobie trudu trzymania rzeczy z jednej kategorii tylko w jednym pomieszczeniu. Książki, gazety, papiery, ubrania, nawet lekarstwa są rozrzucone w całym domu (statystycznie). Oto dlatego sprzątanie w ciągach komunikacyjnych nie sprawdza się (a tego uczyli nas rodzice: dzisiaj sypialnia, jutro łazienka). Poza tym „Nie przyjmujemy do wiadomości, ile rzeczy posiadamy. Są porozkładane po całym domu, a więc sprzątając każde miejsce po kolei, nigdy nie mamy pełnego obrazu naszego stanu posiadania”. To prawda: zgromadzenie w jednym miejscu rzeczy z jednej kategorii jest ciekawym doświadczeniem. Ja na przykład odkryłam dwa swetry z wyhaftowanymi jakimiś pizdrykami z cekinów (litości! Nawet nie będę się zagłębiać, skąd się to u nie wzięło). Natomiast jedno spojrzenie na wszystkie moje swetry oświeciło mnie, dlaczego od lat nie noszę bluzek koszulowych (które przecież są proste w obsłudze i zupełnie niewymagające, czyli idealne jako baza).

A zatem – gromadzimy w jednym miejscu wszystkie ubrania. Z komód, szaf, sznurków na pranie, suszarek, rozłożone na kaloryferach, rzucone na pralkę, powieszone na krzesłach i walające się po podłodze. Zapominamy o kryteriach PPD, czyli „pozbądź się tego, czego nie nosiłaś tego przez rok”. To nie ma większego znaczenia. Marie Kondo poleca wziąć do ręki każdą sztukę ubrania i zadać sobie pytanie: „Czy to daje mi radość?”. Jeśli odpowiedź brzmi „nie” – można się pozbyć, przy czym Kondo dziękuje wyrzucanym ubraniom za spędzony razem czas.

Wiem, to się wydaje szalone, ale kto z nas nie mówił do samochodu: zapal, misiu, pliz? Mnie to akurat pasuje. Tylko moje pytania są inne. Czy gdybym zaczynała jakieś nowe życie, chciałabym je zaczynać z tym ciuchem (przedmiotem)? Czy jestem w nich najlepszą wersją siebie? (W razie wątpliwości – można to na siebie założyć i obejrzeć się w lustrze).

Dodatkową przeszkodą w wyrzucaniu ubrań jest mit ciuchów po domu. Ubrania noszone po domu muszą być inne od tych na ulicę – wykonane z innych tkanin, o innym kroju. Odłożone „na po domu” będą tylko zajmować miejsce. Nie sprawdzą się, będą niewygodne. Natomiast te, które będą na tyle wygodne, żeby je po domu nosić – hm, proszę, tu jest strona o nich: Modboard kloszarda domowego

Kolejną przeszkodą w pozbywaniu się ubrań jest przekonanie o tym, że są w życiu okresy przejściowe. Jak schudnę, to wymienię garderobę. Jak schudnę, to to będzie na mnie dobre. I tak dalej. Otóż nie ma okresów przejściowych. Jesteśmy w konkretnym czasie. Nie ma żadnego sensownego powodu, żeby ten czas ociekał bylejakością tymczasowości.

Dobrze jest ukryć przed rodziną fakt pozbywania się ubrań (innych rzeczy zresztą też), ponieważ domownicy często reagują w sposób następujący: „Laboga, takie dobre, a ty to chcesz wyrzucić? Ta bluzka zawsze stanowiła mój mroczny przedmiot pożądania!”. No i biorą ten mroczny obiekt, a potem go nie noszą i w ten oto sposób bałagan przesuwa się tylko do innego pokoju i innej szafy.

Co z rzeczami, co do których mamy wątpliwości? Nie mamy pewności, czy chcemy się ich pozbyć, ale i nie dalibyśmy głowy, że będziemy je jednak nosić? Za radą Anny Mularczyk-Meyer, autorki książki „Minimalizm po polsku” robimy Torbę Mięczaka i po pół roku przyglądamy się zgromadzonym w nie rzeczom. Jeśli dalej mamy wątpliwości, to są one jednak na niekorzyść tych rzeczy i się ich pozbywamy (moja Torba Mięczaka leżała tylko dwa miesiące, a tempo, w jakim się uwijałam, żeby ją zanieść do zbiórki odzieży na dzielni przypominało tempo Toma i Jerry’ego).

Ostateczny cel pozbywania się i zatrzymywania rzeczy jest taki sam: bycie szczęśliwym. Pozbywszy się Torby Mięczaka poczułam się lżejsza o wielokrotność wagi tej torby.

*   Marie Kondo. Nauczyła się czytać w wieku pięciu lat i natychmiast zaczęła przechwytywać prenumerowane przez matkę pisma dla gospodyń domowych. Jako uczennica zaraz po powrocie ze szkoły, jeszcze w mundurku, brała się za porządki i wpadała w rozpacz, że bałagan mimo wszystko dalej ma się świetnie. W końcu opracowała własną metodę sprzątania. Żeby dostać się do niej na kurs, trzeba odczekać kilka miesięcy w kolejce. Marie twierdzi, że klienci nie wracają do niej na powtórne nauki – co z biznesowego punktu widzenia może się wydawać błędem. Tymczasem kolejka nowych klientów tylko się wydłuża.

Ilustracja otwierająca: Monkey on a swing. Hours of Saint-Omer, France ca. 1320 (BL, Add 36684, fol. 31r  (wypizgła niepotrzebne ciuchy, siedzi goła na huśtawce i jest zen)

5 Komentarze: “Porządki Zen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *